niedziela, 26 kwietnia 2015

czarne rurki

 koszula sh | spodnie Bershka | trencz Zara | torebka Mango

Są zestawy banalne i są zestawy, które dzięki nawet jednemu elementowi potrafią nabrać charakteru, a granicę banalności omijają skocznym krokiem nawet się o nią nie ocierając. Zestaw typu czarne rurki, biała koszula i trencz, to jest już taki klasyk, który jak widzę po raz setny na blogach, to się dziwię, że dziewczyny poświęcają na taką stylizację osobny wpis. Jak widać i ja się skusiłam, choć Ameryki nie odkryłam. I jeśli nie zamknęliście karty, dziękuję Wam bardzo. 
Nie w moim typie byłoby nałożenie do tego zestawu czarnych/beżowych szpilek. Nie w moim typie byłoby również dobranie balerinek (chyba że posiadałabym super ekstrawaganckie zwalające mnie samą z nóg cichobiegi, które odmieniłyby charakter tego połączenia) i także nie w moim typie byłoby nałożenie Conversów (a jeśli już bym się na takie zdecydowała, to z pewnością nie wpadłabym na pomysł, aby przygotować wpis z takim zestawem - mnóstwo ich krąży po sieci, mój w gratisie nie musi). Jednak okazało się, że bardzo w moim typie był dobór butów do biegania, które jakiś czas temu zawitały w mojej garderobie. Weszły do niej z impetem, inspirując mnie teraz na każdym kroku. Śmiało mogę przyznać, że jest to jeden z moich ulubionych setów, które lubię powtarzać w przypadku gorszego dnia, czy braku pomysłów na stylizację. Śmiało mogę również przyznać, że trend na noszenie sportowych butów do klasycznej góry dotknął mnie tej wiosny (lekkie, roczne opóźnienie) i przypuszczam, że do końca lata ze mną pozostanie. Obce jest mi zachłyśniecie się trendami, ale czuję że tej wiosny mogę poznać tego smak ;)


Swoją drogą, tak na marginesie, pamiętacie kiedy ostatnio pokazałam się Wam w klasycznych czarnych rurkach? Ja nie. Serio.

niedziela, 19 kwietnia 2015

you must create

  spódnica Mohito | top, buty, okulary H&M | sweter Monashe | torebka Pimkie | płaszcz Zara

Po dwóch latach nienoszenia mojego trencza założyłam go z uśmiechem na twarzy dochodząc do wniosku, że nawet go lubię, całkiem w porządku się w nim czuję i co najważniejsze, dobrze, że mnie coś powstrzymało przed jego sprzedażą (pewnie jedno z najczęściej słyszanych zdań w dziedzinie mody "zostaw, to klasyk" z naciskiem na "TO KLASYK"). 
Lubicie ubierać się warstwowo? Ja bardzo. I uwielbiam kombinować z długościami. M. nie znosi, gdy noszę długie spódnice/sukienki. Uważa, że wyglądam w nich jak kolumna. Problem w tym, że ja uwielbiam długości maksi i gdy naprawdę coś przypadnie w moje gusta, nie ma bata, noszę to przymykając oko na to, czy naprawdę wyglądam jak kolumna, czy to tylko jego wrażenie (wolę wyglądać jak kolumna, niż świecić dwoma kolumnami - taki suchar prowadzącego). Nic na to nie poradzę, że kręcą mnie długie ubrania. Serio. Jak widzę coś do ziemi, oczy zamieniają mi się w pięciozłotówki, a w głowie obmyślam biznes plan, jak coś kupić i nie zbankrutować. W moim pojęciu, długość maksi mają w sobie coś nieoczywistego. Uwielbiam patrzeć jak falują na wietrze. Uwielbiam czuć luz, jaki mi gwarantują. Swobodę ruchu (poza wsiadaniem do samochodu i taczaniem się po łóżku). Uwielbiam jak wnoszą w stylizację ducha nonszalancji. Cała stylizacja dzięki nim nabiera charakteru. Ale wiecie co? Najwięcej charakteru nabiera dzięki nam. Bo to od nas zawsze zależy, jak daną rzecz nałożymy. Tym razem to jest mój sposób na spódnicę maksi. Zrywam z jej eleganckim wydźwiękiem i nadaję luzu. Luzu, który przepełnia mnie samą. I dystansu, którego mi nie brakuje. A czy Wam się spodoba? Nie wiem. Ale to jest kolejny efekt tego, co w mi w duszy gra. Czy jest to zestaw w Waszym stylu? Nie musi. Przecież każdy z nas jest inny. Każdy z nas czuję modę w odmienny sposób. Nie bądźmy klonami, bądźmy sobą. I kreujmy! ;)

środa, 15 kwietnia 2015

polski folk

 koszula, spódnica, torebka Monashe | buty Deezee

Siedmioletnia dziewczynka w kolejce: Ale ma Pani piękną koszulę. 
Ja: <łzywoczach>

Ależ mi było miło! Nie wiem, czy to była reakcja samoobronna starszej siostry na moje pytanie do jej młodszego odpowiednika "Jak masz na imię?" (musiałam coś powiedzieć, stały i patrzyły się na moją koszule jak wryte, jakby te pawie chciały zatrzymać wzrokiem, jakby te pawie miały się odpruć i odlecieć, a one biedne straciłyby je z oczu), ale mimo wszystko było to bardzo rozczulające. Dlaczego? Bo pozytywne komentarze od osób, których nie znamy, zawsze nas niesamowicie budują. Wiecie czego mi brakuje? Nie tego, że ludzie mnie nie zaczepiają i nie mówią jak super wyglądam (choć jak się tacy znajdą, to zawsze poprawią mi humor, ale zdarzają się i tacy, co uważają, że "odjebałam się jak stróż na Boże Ciało"), ale tego, że mi samej brakuje odwagi, aby powiedzieć coś miłego. Odwagi, by powiedzieć: "Hej, masz świetną torebkę." uśmiechnąć się i pójść dalej. W takich kontaktach z nieznajomymi przenika mnie do szpiku kości nieśmiałość (czasem się boję, że jak będę miała okazję spotkać blogerkę, którą obserwuję od dawna, to ominę ją szerokim łukiem ze strachu przed powitaniem się).
I chcę to w sobie zmienić. To moje takie małe postanowienie. Wiosenne. Kiedyś Wiktoria z Confasshion napisała, że wiosna jest jej sylwestrem. Że to właśnie na wiosnę wszystko się zmienia, odradza na nowo, chce się na nowo, chce się czegoś nowego, człowiek się otwiera, wraca pogoda ducha, uśmiech i to właśnie jest przełomowy okres, pobudzający w nas chęć zmian. Jak często mówicie innym, że świetnie wyglądają? A jak często zdarza Wam się zaczepić kogoś na ulicy i pochwalić rewelacyjny wygląd, czy chociażby buty? Mi rzadko. Wy możecie zachować odpowiedź dla siebie, ale przemyślcie sprawę. Może nie jest super ważna, ale myślę, że w jakimś stopniu znacząca. Znacząca dla nas samych, dla bycia zwyczajnie lepszymi ludźmi niż jesteśmy.

A na koniec dodam, że mówienie komplementów uszczęśliwia. Podobno nasz umysł każde docierają do nas pozytywne słowa, bez względu na fakt, czy sami je wypowiedzieliśmy, czy ktoś skierował je w naszą stronę, koduje jako radujące naszą duszę i momentalnie wspiera mięśnie policzków, aby szybciej na naszej twarzy pojawił się uśmiech. Mało naukowe tłumaczenie, ale to nie ja jestem od głoszenia naukowych teorii. Za to mogę sobie pozwolić na dowolną interpretację. Czyli w skrócie, mówcie komplementy, a będziecie szczęśliwe. Karma wraca :D 

niedziela, 12 kwietnia 2015

casual look

sukienka Mango | sweter Monashe | kurtka Mohito | torebka Pimkie | szal H&M

Po raz milionowy te same ubrania. Nie macie już dość?
Ja nie mam. To są właśnie tacy "ulubieńcy" w szafie, z którzy zawsze się sprawdzą i obronią każde wyjście z domu. Co jakiś czas zbiera mi się na czyszczenie szafy i wiecie co jest najśmieszniejsze? To, że zawsze mało co w niej znajdę do wywalenia, oddania, bądź ewentualnie sprzedania. Jak już coś kupię, to noszę to X razy do znudzenia, przemielenia na każdy możliwy sposób. Nie mówię, że tak jest z każdą rzeczą, którą posiadam. Są takie, które nałożę raz na ruski rok i już myślę, aby się ich pozbyć, a jednak targa mną sumienie i od razu pojawia się myśl "A co jeśli za jakiś czas, akurat ta rzecz będzie Ci potrzebna? I co w wtedy zrobisz?! Zapłaczesz przed szafą, że ją głupia oddałaś.". Sami rozumiecie. Miewam czasem mniej trafione zakupy, ale od pewnego momentu prym wiodą te przemyślane (nie mówię o wyjściach do lumpa). Mam taki magiczny folder, w którym zdjęcia upatrzonych rzeczy leżakują (i to nie jest lista basic'ów, które powinny znaleźć się co sezon w szafie, ale myślę, że tego wyjaśniać nie muszę). Tym zdjęciom albo po jakimś czasie kończą się wakacje i trafiają do kosza, albo rzeczy z fotografii obciążają moją kartę i szafę również. I nie lądują po chwili na aukcji, bo raz je nałożyłam i to jednak nie to. Lądują na dobrych kilka sezonów, aż są zwyczajnie znoszone i czeka je recykling. A jak wyglądają Wasze zakupy? ;) 

Dobra, słowo jeszcze ogólnie o stylizacji. Jest luz, który jest dość charakterystyczny, jeśli chodzi o mój styl. Taką stylizacje mogę określić mianem mojego zwyklaka. Narzucam na siebie rzeczy, dające mi swobodę, ale nie czuję się jak kwit na węgle wychodząc na miasto. Z pewnością różni się on od zwyklaka Kasi Tusk, czy Charlizy. I to mnie cieszy. To mój monopol na oryginalność niż powtarzanie kolejnego zestawu, który setki razy widzieliście w sieci. Czy to Was ściąga do odwiedzania mojej strony? Nie wiem. A może dlatego nie ma Was tu tysięcy, bo nie pokazuję stylizacji typowych dla mas? Może nie widzicie we mnie źródła inspiracji, a kolejny raz kwitujecie "znów coś wymyśliła nie w moim stylu"? Możliwe. Ale mi się to podoba. Wiem, podejście mało przedsiębiorcze. I mimo że w tym pojedynku miliony monet pozostają daleko za moją osobowością, wcale mnie to nie martwi. Najważniejsze to być sobą! ;)

środa, 8 kwietnia 2015

pink lady

 sweter sh | spodnie, szal, buty H&M | płaszcz Mosquito | torebka Paulina Schaedel

Ostatnio zaprezentowałam się w niebieskim zestawie, tym razem padło na róż. Lubicie w ogóle róż? Ja nie. Szczególnie u innych, bo jak już sama nakładam, co rzadko się dzieje, ale jednak zdarza, to mi się nawet podoba. Dlaczego jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie przepadam za tym kolorem, gdy zobaczę go u innych? Bo w 80% przypadków jakie spotykam na ulicy, bądź krążą w sieci, to banalne połączenia głównie z szarościami, czernią lub bielą (w grę wchodzi jeszcze jeans). Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że gdy coś nie podchodzi pod moje gusta, to muszę to zobaczyć naprawdę w świetnej odsłonie, aby się tym zachwycić, a także poczuć nagłą i nie do końca przemyślaną chęć skopiowania danego zestawu (żeby nie było, set powyżej to twórczość własna). Zachwyt, niewyobrażalny zachwyt, przejawiający się dodatkowo chęcią dania serduszka na Lookbook'u i Instagramie, a także kliknięcia kciuka w górę na Facebook'u.
Bordo noszę rzadko, tak jak i pastele. Ale jeśli chodzi o połączenie bordowego z pastelami, to zawsze jestem na tak. Bordo z pudrowym różem? Super! I takie same odczucie mam do kombinacji z błękitem, cytryną, brzoskwinią, miętą, a także kolorem wrzosowym. Ale żeby ten zestaw nie był właśnie zbyt sztampowy przez połączenie bordowego z pudrowym różem, postawiłam dodatkowo na fuksję. W rezultacie powstało połączenie żywe, przykuwające uwagę, dość ciekawe. Kolejna sprawa wygodne, praktyczne i w moim stylu. I to najważniejsze. Umiecie czasem ograć tak kolor, za którym nie przepadacie, że przez chwilę macie wrażenie, że należy on do Waszych faworytów? Jeśli tak, to super! Jeśli nie? To nie problem. Po co nosić kolory, których się nie lubi :D

środa, 1 kwietnia 2015

wszystko co niebieskie

 top, Yeti sh | koszula H&M | spodnie House | torebka Zara

Jestem uzależniona od wszystkiego co niebieskie. Niebieskich lakierów do paznokci, niebieskich okularów, niebieskich ubrań. Niebieskich oczu M., Facebook'a i Instagram'a. No właśnie, Facebook z Instagramem wlepiają we mnie swoje niebieskie oczy, z magicznie barwnymi tęczówkami, na każdego moje zawołanie, drgnięcie palcem. Skupiają na sobie całą moją uwagę, czarują mnie jak tylko potrafią, a ja nie jestem w stanie nie ulec ich urokowi. Czasem w tym zauroczeniu wygrywają z M. 1:0, a przecież powinno być inaczej. Ludzkość przegrywa z technologią. I tłumaczenie, że tam, w tym niewielkim ekraniku jest mnóstwo populacji, nie powinno być w ogóle tolerowane.
Ależ ten świat dziwny. Żyjemy w pokoleniu, które niedługo nie będzie umiało się ze sobą porozumieć. No, chyba że Facebook nam pomoże. On zawsze pomaga. On zawsze jest. Czuwa nad tym, abyśmy nie stracili choć na chwilę kontaktu z wirtualnym światem. Wciąga nas i wcale nie robi tego na siłę. Sami leziemy zapominając, że to rzeczywistość ma znaczenie i, że to ta rzeczywistość tworzy tego Facebook'a. Co by było, gdyby każda osoba karmiąca Facebook'a nowinkami ze swojego życia nagle zaprzestała? Umarłby. Śmiercią naturalną. Może to by było dla nas dobre. Ale zaraz, jak tu przetrwać bez tej kopalni wiedzy? Co, gdzie, z kim, dlaczego, jak mógł? Toż to takie newsy, że zerwanie ze światem wirtualnym i skupienie się na najbliższych brzmi jak abstrakcja. Smutne, ale prawdziwe. Przemyślcie, czy te niebieskie oczy tego Wszystko Wiedzącego Portalu muszą karmić Waszą ciekawość tyle razy dziennie. Czy naprawdę coś się stanie, gdy coś przeoczycie? Myślę, że Wasze życie, moje życie, się nie zawali. Co ważne i tak do nas dotrze ;)

czwartek, 26 marca 2015

artystka celebrytka

 sweter sh | sukienka Mango | szal H&M | torebka Zara


Szczerze przyznaję, że tym razem chyba trzeba być mną, aby rozumieć to szaleństwo. Historia powstania tej stylizacji nie jest tak porywająca jak relacja wyprawy na księżyc amerykańskich astronautów, ale i tak raczę Wam ją opisać.
Miałam na sobie sukienkę w gwiazdki, ale byłam cholernie ciekawa, jak będą te buty wyglądały z tym swetrem. Na pierwszy rzut oka jest to łatwe w zwizualizowaniu, ale jednak czasem zwyczajnie lubię nałożyć daną rzecz i stanąć przed lustrem, aby się upewnić, czy jeszcze ta część półkuli (prawa), odpowiadająca za twórcze myślenie i właściwy odbiór obrazu, sprawnie funkcjonuje. Byłam jednak na tyle leniwa (again!), że nie chciało mi się zdejmować kiecki. I generalnie dobrze się stało, bo sama bym nie pomyślała, że może ona aż tak urozmaicić ten zestaw i nadać mu charakteru (wiecie, buty sportowe i swetrzycho to jednak banał)(oczywiście wciąż mówimy o moim odbiorze). I tak, kolejny raz z przypadku (jak większość moich stylizacji) powstała ta stylówka. Oczywiście duży wpływ na tę stylizację ma fakt, że oglądam mnóstwo zdjęć stylówek uchwyconych podczas fashion week'ów. Czy znalazłam tam takie rozwiązanie i je zwyczajnie skopiowałam? Nie. Ale oglądanie inspiracji wpłynęło na mój sposób postrzegania takiego zestawu. Jestem bardziej otwarta na różne połączenia, a do tego czuję się w takim zestawieniu w 100% sobą (co daje też 100% swobody). Zwiększa się moja tolerancja na dziwadła i bardzo mnie to cieszy. Pamiętajcie, im dostarczacie więcej inspiracji swojemu mózgowi, tym ciekawsze rzeczy mogą powstawać. Większość z nas, to wzrokowcy. Nie możemy przestać "karmić" naszego mózgu kolorowymi obrazkami, bo słupek naszej kreatywności zacznie diametralnie spadać, a wprost proporcjonalnie do niego wzrośnie słupek twórczego niezadowolenia. Inspiracje, bez względu na to z jakiej są dziedziny, mają na nas ogromny wpływ, zatem pamiętajcie, miejcie oczy szeroko otwarte, bo nigdy nie wiecie, kiedy Was coś zaskoczy i będzie impulsem do kreatywnego działania.
A ta stylizacja to z pewnością efekt mojego artyzmu. Wiecie już, że powstała przypadkiem, że kolorowe obrazki w sieci zwiększają moją tolerancję na niestandardowe połączenia, ale także siedzi we mnie dusza artystyczna. Nie raz można usłyszeć zdanie, że architekta łatwo poznać na mieście, a studentów szkół artystycznych jeszcze łatwiej. Wyróżniamy się na mieście i nie chodzi tu już o te ogromne teczki, które nosimy. I jestem w stanie to potwierdzić. Ten nasz zmysł artystyczny zostawia ślad w każdym naszym działaniu ;)
A zdjęcia? Właśnie na tej sesji dotarło do mnie gdzie zapoczątkowało się uwielbienie do zdjęć streetstyl'owy. Znacie z pewnością magazyny takie jak Flesz, Party i jeszcze inne, których z nazwy nie kojarzę, ale określane są mianem "szmatławca". Zatem, skoro już je korzycie, to pewnie doskonale wiecie, że to kopalnia wiedzy, z kim umawia się Rożenek, co zrobiła była żona Wiśniewskiego i czy Urbańska płacze, bo Rolowanie nie wypaliło. Poza tymi cudownymi plotkami, towarzyszy temu zawsze kilka zdjęć celebrytów, uchwyconych na jedzeniu gofra, wsiadających do fury, łamiących przepisy drogowe i przechodzących nie na przejściu dla pieszych, a także plotkujących przez telefon. Brzmi znajomo? Jasne, bo na tych blogach, gdzie laski umieją odwalić szopkę, a nie na 10 zdjęciach stanąć tak samo, możecie zobaczyć dokładnie podobne ujęcia. Oczywiście, później większą kopalnią inspiracji stały się dla mnie strony z uchwyconymi fashionistkami biegnącymi na pokaz w Mediolanie, niż Anna Mucha chadzająca po warszawskim parku z wózkiem. I ja tym razem zgrywam taką celebrytkę. Wiecie, chowam się za furą, udaję, że nie widzę Kasi stojącej za słupem znaku STOP (wybacz Kasia, trzeba było nałożyć bardziej obcisły płaszcz to może byś się zmieściła za tym drążkiem), a także udaję, że robię coś na telefonie. To zawsze wypali, nie ma durnych min i jest co zrobić z rękoma (jestem szafiarką, a nie modelką, nie muszę umieć pozować). Jeszcze mi nic wiadomo na temat bycia celebrytką, zatem korzystam z tego, że jestem szafiarką i gwiazdorze na Neonowej. Spokojnie, obejdzie się bez Snickers'a ;)